sobota, 15 stycznia 2011

O "Ultramarines" jeszcze słów kilka.

We wczorajszej recenzji pominąłem jeden istotny fakt, a mianowicie wydanie. Wydaje mi się, że Polacy szczególnie są na tę kwestię wyczuleni. Wiele wydawnictw muzycznych, filmowych czy komputerowych obecnie sprzedawanych jest w co najmniej dwóch wersjach: "basic" i "kolekcjonerskiej". Choć często tak naprawdę obie opcje są dość bogate w zawartość. W Polsce płyty zawsze były i będą drogie więc jeżeli już mamy coś kupić, to niech to będzie napchane nawet niepotrzebnymi naklejkami, plakatami, ulotkami, nie wspominając już nawet o płytach z muzyką, "making of" czy innymi tego typu dodatkami. W przeciwnym razie, raczej na pewno sięgniemy po jedną z wyszukiwarek torrentów. Oczywiście jak zawsze - to jest mój pogląd na sytuację i nie biorę tu pod uwagę zawziętych kolekcjonerów którzy i tak kupią choćby nie wiem jak było biednie wydane i jak niebotycznie było by to drogie.

Jak to się ma do "Ultramarines"? Ano średnio. Po pierwsze wydawca w pewnym sensie zmusił nas do kupienia od razu kolekcjonerskiej edycji - czytaj droższej. Po drugie Film jest droższy od przeciętnego filmu dvd. I właśnie dlatego troszke boli brak tańszej bardziej "podstawowej" opcji.
W środku znajdziemy płytę z filmem, płytę z dokumentem o powstawaniu filmu i komiks autorstwa Abnetta i Roacha opowiadający historię która jest swego rodzaju prequelem wydarzeń pokazanych w filmie. To wszystko zamknięte w schludne metalowe pudełeczko i owinięte kilkoma warstwami okładek tekturowych. Co w filmie możecie przeczytać tu. Płyta z materiałami dodatkowymi zawiera różne sceny z procesu tworzenia animacji i wywiady z różnymi związanymi z nią postaciami. Część tych rzeczy można było zobaczyć już wcześniej (między innymi wywiady z aktorami podkładającymi głosy) więc rewelacji nie ma według mnie. Komiks jest tak porywający jak fabuła filmu czyli raczej nuda. I tyle, ponad 120 zł poszło. GW ma ostatnio tendencję do wpychania w pudełka z plastikowymi figurkami tylu elementów, że dopiero po jakimś czasie orientujemy się do czego część z nich służy. Wielka szkoda, że tak samo nie potraktowali tego filmu... Dla tych którzy planują zakup zamieszczam jeszcze bardziej entuzjastyczne od mojego podejście do zawartości:
Teraz mogę zsumować obie części recenzji. Szkoda, że na "Ultramarines" zostało wyłożone tak mało kasy. Sam film powinien być dłuższy, bogatszy w akcje, animacje, postaci. To samo tyczy się wydania. Nic nie jest takie "awesome" jak było zapowiadane. Podczas pisania tej notki nasunęła mi się jeszcze jedna myśl. Nawet nasi rodacy pakują swoje dzieła w naprawdę obfite i ciekawe zestawy! Wystarczy przypomnieć sobie "Wiedźmina" albo zwrócić uwagę na pierwsze dvd zespołu Behemoth.

piątek, 14 stycznia 2011

Ultramarines.

Obejrzałem Ultramarines the Movie. Zawiodłem się. Ale po kolei.

Nie będę oceniał filmu pod względem jakości animacji czy innych technicznych czynników. Bo te akurat mi się podobały. Zwrócę uwagę na inne sprawy.
Po pierwsze: dynamika. No kuuurde, proszę państwa to jest film o gościach którzy wchodzą po schodach do relikwiarza! Już wolałbym zobaczyć tę bitwę Imperial Fists z siłami Chaosu. Brakuje scen walki, sytuacji które budują napięcię, wywołują huśtawkę emocjonalną wręcz. Nie tego spodziewałem się po animacji osadzonej w świecie gdzie "there is only war". Pod tym względem dużo lepsze były intra do obu części Dawn of War. Miejscami, żmudna przeprawa bohaterów przez ruiny, mgłę i schody jest naprawdę nudna. Można było to pokazać inaczej - krócej, po prostu dając widzowi znać, że znajdują się oni obecnie w konkretnym miejscu. To dało by więcej miejsca na sceny akcji.
Następna sprawa: Postaci. Według mnie nie są zbyt ciekawe. Skoro mamy film poświęcony garstce Space Marinesów i to jak rozumiem Command Squadowi dokładniej, można było bardziej spersonalizować bohaterów. A tak na pierwszy plan wybijają się zaledwie 4 postaci. Reszta to bezimienni bracia którzy giną zanim, zaczniemy się mniej więcej orientować który jest który. Jedynie aptekarz zachowuje się według mnie jak prawdziwy doświadczony Spejs Marin. Niestety, tego samego nie mogę powiedzieć o Kapitanie (!) który głupkowatym bohaterstwem i brakiem rozwagi niewiele różni się od pozostałych, młodych i niedoświadczonych członków oddziału.
A propos umierania, to tu od razu miałem szybkie skojarzenie - oni tak samo łatwo umierają jak w grze! to akurat udało się odzwierciedlić twórcom filmu. Wszyscy tak naprawdę zginęli w mgnieniu oka, w ogóle nie można było poczuć tego powera jaki ma w sobie SM. Znowu jedynie wyróżnia się aptekarz.
Od umierania, łatwo przejdziemy do zabijania :) Pierwsze pytanie - dlaczego oni nie mieli przy sobie żadnej  innej broni niż tej którą akurat trzymali w ręku?! Przepraszam, ale brawurowa szarża na demona przy użyciu sztandaru, niemalże śmiertelny cios hełmem albo podawanie sobie chainsworda? To nie w stylu SM. Kolejną niefajną rzeczą jest przesadzona ilość amunicji w magazynkach. Niby można przymknąć na to oko, ale z drugiej strony skoro się takie rzeczy zauważa, to niefajnie...
Fabuła nie porywa, w skrócie wygląda to tak że najpierw przez pół filmu bohaterowie wchodzą po schodach potem odkrywają cel swojej wizyty na planecie, a potem walczą z większym złem które przez przypadek odkrywają. Teraz weźmy pod uwagę to, że całość trwa nieco ponad godzinę. Troszkę za krótko ale mam wrażenie, że scenariusz zakładał więcej tylko się po prostu z tym nie wyrobili, a potem coś zgrzytnęło w podziale filmu na etapy.

To wszystko powoduje, że filmu nie ogląda się zbyt dobrze. Oczekiwałem od niego znacznie więcej. Zwłaszcza po promocji którą GW nam fundowało co jakiś czas przysyłając maila z różnymi grafikami, animacjami fragmentami zapewniając że będzie "awesome!"
Naprawdę fajna i pozytywnie kojarząca się z prawdziwym Marinsem była jedynie postać Aptekarza Pythola.
Mam nadzieję, że będzie powstawać więcej filmów a twórcy choć troszeczkę zareagują na krytykę fanów i z czasem te produkcje będą lepsze. Wiadomo, że jakoś trzeba zacząć :)