Obejrzałem Ultramarines the Movie. Zawiodłem się. Ale po kolei.
Nie będę oceniał filmu pod względem jakości animacji czy innych technicznych czynników. Bo te akurat mi się podobały. Zwrócę uwagę na inne sprawy.
Po pierwsze: dynamika. No kuuurde, proszę państwa to jest film o gościach którzy wchodzą po schodach do relikwiarza! Już wolałbym zobaczyć tę bitwę Imperial Fists z siłami Chaosu. Brakuje scen walki, sytuacji które budują napięcię, wywołują huśtawkę emocjonalną wręcz. Nie tego spodziewałem się po animacji osadzonej w świecie gdzie "there is only war". Pod tym względem dużo lepsze były intra do obu części Dawn of War. Miejscami, żmudna przeprawa bohaterów przez ruiny, mgłę i schody jest naprawdę nudna. Można było to pokazać inaczej - krócej, po prostu dając widzowi znać, że znajdują się oni obecnie w konkretnym miejscu. To dało by więcej miejsca na sceny akcji.
Następna sprawa: Postaci. Według mnie nie są zbyt ciekawe. Skoro mamy film poświęcony garstce Space Marinesów i to jak rozumiem Command Squadowi dokładniej, można było bardziej spersonalizować bohaterów. A tak na pierwszy plan wybijają się zaledwie 4 postaci. Reszta to bezimienni bracia którzy giną zanim, zaczniemy się mniej więcej orientować który jest który. Jedynie aptekarz zachowuje się według mnie jak prawdziwy doświadczony Spejs Marin. Niestety, tego samego nie mogę powiedzieć o Kapitanie (!) który głupkowatym bohaterstwem i brakiem rozwagi niewiele różni się od pozostałych, młodych i niedoświadczonych członków oddziału.
A propos umierania, to tu od razu miałem szybkie skojarzenie - oni tak samo łatwo umierają jak w grze! to akurat udało się odzwierciedlić twórcom filmu. Wszyscy tak naprawdę zginęli w mgnieniu oka, w ogóle nie można było poczuć tego powera jaki ma w sobie SM. Znowu jedynie wyróżnia się aptekarz.
Od umierania, łatwo przejdziemy do zabijania :) Pierwsze pytanie - dlaczego oni nie mieli przy sobie żadnej innej broni niż tej którą akurat trzymali w ręku?! Przepraszam, ale brawurowa szarża na demona przy użyciu sztandaru, niemalże śmiertelny cios hełmem albo podawanie sobie chainsworda? To nie w stylu SM. Kolejną niefajną rzeczą jest przesadzona ilość amunicji w magazynkach. Niby można przymknąć na to oko, ale z drugiej strony skoro się takie rzeczy zauważa, to niefajnie...
Fabuła nie porywa, w skrócie wygląda to tak że najpierw przez pół filmu bohaterowie wchodzą po schodach potem odkrywają cel swojej wizyty na planecie, a potem walczą z większym złem które przez przypadek odkrywają. Teraz weźmy pod uwagę to, że całość trwa nieco ponad godzinę. Troszkę za krótko ale mam wrażenie, że scenariusz zakładał więcej tylko się po prostu z tym nie wyrobili, a potem coś zgrzytnęło w podziale filmu na etapy.
To wszystko powoduje, że filmu nie ogląda się zbyt dobrze. Oczekiwałem od niego znacznie więcej. Zwłaszcza po promocji którą GW nam fundowało co jakiś czas przysyłając maila z różnymi grafikami, animacjami fragmentami zapewniając że będzie "awesome!"
Naprawdę fajna i pozytywnie kojarząca się z prawdziwym Marinsem była jedynie postać Aptekarza Pythola.
Mam nadzieję, że będzie powstawać więcej filmów a twórcy choć troszeczkę zareagują na krytykę fanów i z czasem te produkcje będą lepsze. Wiadomo, że jakoś trzeba zacząć :)
piątek, 14 stycznia 2011
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz