Syrenka odbyła się ponad tydzień temu, ale sprawy wakacyjne pozwoliły mi dopiero dziś zasiąść przed komputerem i napisać co nieco o turnieju. Nie będę tutaj pisał żadnych samochwalczych ani krytycznych frazesów bo to wszystko zostało już powiedziane na forach. Ogólnie z turnieju jestem zadowolony choć poprawy organizacyjnej brak.
Chciałbym się raczej zająć sprawą samej formuły bądź jej braku - zależy jakby na to spojrzeć. Czy dopuszczanie absolutnie wszystkiego jest rzeczą słuszną? Sam jestem zwolennikiem ciężkich zabawek i chętnie pogrywam w apokalipsę, jednak ostatni zacząłem się zastanawiać czy w obecnym natłoku turniejów różnej klasy nasz turniej rzeczywiście jest atrakcyjny w takim stopniu w jakim zakładaliśmy. Pozwolę sobie stwierdzić, że doszliśmy do takiej sytuacji w Polsce, że to na jaki turniej się pojedzie jest kwestią wyboru/możliwości. Męczy mnie pytanie czy Syrenka jest dla graczy pozycją mającą mocne miejsce w corocznym kalendarzu turniejowym? Otóż według mnie nie. Odkąd idea Syrenki Zagłady się urodziła większość naszej społeczności mówi "czemu nie, niech jeden taki turniej na rok będzie" jednak potencjalne zaciekawienie jak to wszystko wygląda i "jak to się je" ma zupełnie inne odbicie w liście zgłoszeń. Podobnie jak w zeszłym roku osiągnęliśmy turniejową "czterdziestke" czyli około czterdziestu graczy na turniejach. Czuję niedosyt. Zwłaszcza po DMP. Dlaczego? Według mnie jest kilka powodów. Po pierwsze, formuła jednak nadal traktowana jest z rezerwą, większość osób boi się, że granie z dużymi potworami jest niezbalansowane, zwłaszcza gdy sami ich nie mają. Po drugie, punkty. Coraz bardziej dążą do osiągnięcia mało turniejowych standardów. Nawet mimo braku wymogu malowania gracze i tak nie są w stanie odpowiednio się wystawić. Pożyczanie? Często niemożliwe - duże punkty, dużo więcej się używa. Jaki efekt? Syrenka wypada z listy turniejów do odwiedzenia.
Po trzecie dopuszaczanie coraz większych dziwactw. Chyba nie muszę mówić ile niesmaku pozostawili movie marines.
Z moich obserwacji wynika, że gracze wolą jednak standardową rywalizację na standardowych zasadach, a zapewnianie, że "jeden taki turniej w roku może być" wcale do nich nie dociera co bardzo dobrze rozumiem. Natomiast, pojawił się pomysł apokaliptycznego eventu ogólnopolskiego. Odzew spory, entuzjazm spory. Nasuwa się kolejny wniosek. Apo jako zabawa, nie element walki ligowej - tak bardzo chętnie, jako turniej - raczej ostrożnie, aczkolwiek nie bez odzewu.
Ta notka może zabrzmieć jako krytyka tego co powstało w Warszawie po czasach kryzysu turniejowego. Nie chcę aby była aż tak odebrana. Jestem po stronie każdej akcji która sprawi że turnieje w Wawie były lepsze. Dbam zazwyczaj o bardziej techniczną ich stronę a tutaj mogę przelać swoje myśli :). Zdaje sobie sprawę, że zdecydowana moc ludzi przyjechała się dobrze bawić i rozumie pierwotną ideę Syrenki. Jednak sami rozumiecie, że w tej notce chodzi o coś troszkę innego. Pokazanie czy aby na pewno to jest to, i czy w takiej formie to powinno pozostać.
PS.
Mglista trochę ta moja wypowiedź dzisiejsza ale nie zamierzam nic z tym robić, liczę, że każdy kto to przeczyta będzie wiedział o co chodzi, a jak nie to zapraszam do komentowania :)
Ach! zapomniałbym. Warto jeszcze zauważyć, że w tym roku Syrenka przyciągała wzrok. Niektóre zabawki były wręcz cudne! Link do fotek tu.
środa, 29 lipca 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
4 komentarze:
O słabej frekwencji będzie można dopiero powiedzieć patrząc na inne turnieje sezonu;-)
zgadza się, ale to spojrzenie pod względem ambicji :)
Blog Na wakacjach?
niestety... mam temat niedługo coś napiszę :)
Prześlij komentarz