środa, 16 lipca 2008

Wspomnienie VW

Od kilku dni noszę się z zamiarem skomentowania przygotowań do Syrenki. I muszę przyznać że idzie mi to bardzo opornie. Bo tak naprawdę nie wiem co chciałbym dokładnie napisać.
Stwierdziłem więc, że powinienem jednak coś o Syrence napisać. Albo lepiej: porównać przygotowania do niej z przygotowaniami do Varsovia Wars.

Mogę spokojnie zacząć od tego, że praca nad Syrenką to zupełnie inna bajka. Czuję się trochę jakbym przygotowywał coś od czego miałaby zależeć moja kariera albo coś w tym stylu. Na Syrence zależy mi po stokroć bardziej niż zależało na Varsovii, jak przywołuje to co myślałem przed masterem w lutym, to przypomina mi się podejście - ot taki duży lokal jak to co miesiąc z Cićkiem robiliśmy . Przypomina mi się początek również początek znajomości ze Stikmanem którego poznałem kiedyś tam na lokalu i nie znaliśmy się praktycznie w ogóle. A właśnie przygotowania do VW i sam turniej spowodował, że bardzo się zakumplowaliśmy a oprócz tego, dodatkowo działamy według tej samej idei jeżeli chodzi o stołeczne turnieje - wszystko na 100%.
Varsovia Wars była jednym z pierwszych i największych kontaktów ze środowiskami z Polski. Dzięki temu poznałem wymagania i opinie graczy co do masterów. No i sam zacząłem wyjeżdżać. No i co według mnie jest najważniejsze i co tak naprawdę jest "dziedzictwem" Varsovia Wars to, to, że bez tamtego turnieju i tego jak wypadł nie było by reformy środowiska, większej integracji dyskusji, nawet kłótni i sporów, NO I oczywiście nie byłoby Syrenki.
Syrenka Zagłady to rzecz przygotowywana nie przez 3 osoby jak w lutym ale przez grupę kilku osób, szczerze zaangażowanych w osiągnięcie tym turniejem sukcesu, Syrenka to dla mnie - sposób na pokazanie że gracze z warszawy to nie grupa indywidualistów którzy tylko chcą przychodzić na turnieje, ale ekipa organizatorów, graczy i kumpli.

Można zarzucić tej notce zgorzkniały patos, ale uważam, że właśnie z takiego podejścia rodzą się przepisy na dobre turnieje. Bo jednak nam wszystkim chodzi o to żeby się dobrze bawić. Dlatego nie boję się stwierdzić, że tak naprawdę cieszę się w pewnym sensie, że master był jaki był.


Ps.
Zapomniałbym! Bez VW nie odkurzyłbym mojego bloga!

Brak komentarzy: